Kampinosu ciąg dalszy
Na tych zdjeciach widać dosyć dobrze co działo się z trasą w miarę uplywu czasu i wody
Dominik pojechał najszybciej więc wiekszość odcinka jeszcze udało mu się zrobić na kołach (te zdjęcia były robione w tym samym miejscu):
A to troche później Dominika (jeszcze jako tako dało się rower prowadzić):
Mateusz (był koło 30min za Dominką) i po jego sylwetce widać, że rower już musiał pchać / zapierać się całym ciałem – ZOBACZCIE NA ZANUŻENIE KÓŁ W BŁOCIE!:
Ja byłem na końcu i nie było już w sumie szans na prowadzenie roweru – koła blokowały się zupełnie od ilości błota:
No i na koniec jeszcze trochę innych zdjęć:
Błoto
Tak po maratonie wygądała Dominika
A tutaj jeszcze przed deszczem:
a to moja fotka, jeszcze zanim zaczęło padać:
A tak po dojechaniu na metę:
118km
No i padł w niedzielę nowy rekord. 118km w ciągu… 6h. Wybrałem się na oficjalny objazd dystansu giga (86km) przed maratonem w niedzielę… Ponieważ pojechałem bez samochodu to droga dojazdowa do WAT’u (tam był start i meta) spowodowała że dystans się trochę zwiększył. Wrażenia? Ciężko… czułem się prawie jak na maratonie. Ekipa jechała w swoim tempie releksacyjnym co oznaczało, że dla mnie był to prawie wyścigowy objazd. Średnia z pętli koło 22km/h. Miałem okazję zamienić parę słów z Panem Zamaną
Bardzo sympatyczny człowek no i nadal, pomimo, że już na sportowej emeryturze wspaniały kolarz. Miałem okazję podpatrzeć co i jak. Górki, które dla mnie są nie do podjechania, dla niego są raczej luźne













