rovver.pl
Postanowiłem wydzielić z bloga część dotyczącą rowerów. Ponieważ nadchodzi nowy sezon, a nie chcę wszystkim przynudzać ciągłym opowiadaniem o moim ulubiony sporcie – zainteresowanych zapraszam na rovver.pl
Postanowiłem wydzielić z bloga część dotyczącą rowerów. Ponieważ nadchodzi nowy sezon, a nie chcę wszystkim przynudzać ciągłym opowiadaniem o moim ulubiony sporcie – zainteresowanych zapraszam na rovver.pl
No i jeszcze trochę fotek z tegorocznego I etapu TdP (Tour De Pologne) w Warszawie:
![]() |
| Tour de Pologne 2009 – Warsaw, Poland |
Na tych zdjeciach widać dosyć dobrze co działo się z trasą w miarę uplywu czasu i wody
Dominik pojechał najszybciej więc wiekszość odcinka jeszcze udało mu się zrobić na kołach (te zdjęcia były robione w tym samym miejscu):
A to troche później Dominika (jeszcze jako tako dało się rower prowadzić):
Mateusz (był koło 30min za Dominką) i po jego sylwetce widać, że rower już musiał pchać / zapierać się całym ciałem – ZOBACZCIE NA ZANUŻENIE KÓŁ W BŁOCIE!:
Ja byłem na końcu i nie było już w sumie szans na prowadzenie roweru – koła blokowały się zupełnie od ilości błota:
No i na koniec jeszcze trochę innych zdjęć:
Tak po maratonie wygądała Dominika
A tutaj jeszcze przed deszczem:
a to moja fotka, jeszcze zanim zaczęło padać:
A tak po dojechaniu na metę:
No i padł w niedzielę nowy rekord. 118km w ciągu… 6h. Wybrałem się na oficjalny objazd dystansu giga (86km) przed maratonem w niedzielę… Ponieważ pojechałem bez samochodu to droga dojazdowa do WAT’u (tam był start i meta) spowodowała że dystans się trochę zwiększył. Wrażenia? Ciężko… czułem się prawie jak na maratonie. Ekipa jechała w swoim tempie releksacyjnym co oznaczało, że dla mnie był to prawie wyścigowy objazd. Średnia z pętli koło 22km/h. Miałem okazję zamienić parę słów z Panem Zamaną
Bardzo sympatyczny człowek no i nadal, pomimo, że już na sportowej emeryturze wspaniały kolarz. Miałem okazję podpatrzeć co i jak. Górki, które dla mnie są nie do podjechania, dla niego są raczej luźne
No to teraz na spokojnie mogę wszystko opisać. Akcja wyszła zupełnie spontaniczna – w piątek wieczorem wróciłem po krótkim treningu koło 20.00 do domu i usiadłem przed TV. Coś mnie jednak tknęło i pomyślałem, że skoro żony nie ma chwilowo (wyjechała nie powiem póki co gdzie – wtajemniczeni wiedzą
może bym się wybrał w góry. Od dawna to za mną chodziło. Szybko sprawdziłem w sieci gdzie jest w sobotę jakiś maraton MTB i okazało się że jest w Boguszowie-Gorce. No i o 22.00 wsiadłem spoakowany w furę. Dojechałem do Wałbrzycha koło 2.30 – kima w hotelu “Maria”, bardzo spoko. Rano o 7.30 sniadanie i o 8.30 byłem na parkingu w Boguszowie. Szybko zapisałem się w biurze zawodów (które było odalone tylko o 500m od parkingu, ale szło się tyle pod górę, że już tam się zasapałem.
Sam maraton to zupełnie niesamowite przeżycie. Nie da się go porównać wogóle z Mazovią na której jeżdżę na codzień. Po pierwsze w zasadzie nie ma wogóle płaskich odcinków. Albo jest pod górę i to tak realnie pod górę (np. przez bite 7km) a nie tam jakiś pagórek. Niektóre podjazdy są tak strome, że trzeba podejść (ja zaliczyłem tylko jeden taki – było autentycznie jak po schodzach przez jakieś 50m). No i są ZJAZDY. I to jest poprostu rewelacja. Kręte szerokie górskie drogi, pokryte ostrymi kamieniami wielkości cegły bądź pół cegły, przesiane mniejszymi kamieniami wielkości mandarynek wiją się po 5 do 10km. Prędkości jakie się na nich rozwija to 40 – 50km/h. Wszystko trzęsie się tak, że pomimo, że w sumie na zjazdach powinno się odpoczywać kierownicę trzymałem tak mocno, że na końcówkach drętwiały mi ręce i nie mogłem wyciągnąć bidonu z koszyczka. Do tego co 200 – 300m ktoś stoi na poboczu i łata dętkę a co parę km ratownicy medyczni pomagają mocniej poszkodowanym. Dwa razy mijałem karetkę. Generalnie to nie jest już raczej zabawa. Chwila braku skupienia kończy się w najlepszym przypadku upadkiem na kamienie, a w najgorzyszmy wypadnięciem z trasy, co nie oznacza tak jak na Mazowszu czoła z drzewikiem, ale spadnięcia w “przepaść” (tak bym to określił, bo lekko z 50m w dół z urwiska się spada). No i teraz wyobraźcie sobie, że w takich warunkach lacicie na rowerze ważącym 10kg z prędkością koło 50km/h. Adrenalina jest nieziemska
!!!
Podjazdy natomiast są trudne technicznie. Szczególnie jak się ma przed sobą innych kolarzy. Tak na prawdę to jest podstawowy kłopot. Ktoś jedzie wolniej i trzeba go wyminąć – kierownica w kierownicę z dokładnością do 15cm bo inaczej, kamień, spadek, korzeń, inny kolaż, gleba. Poza tym podjazdy są długie. Naprawdę długie. Nogi pieką niesamowicie. Ja na 8km przed metą dostałem skurcz typu “ostrzeżenie”, że jeśli trochę nie odpuszę to mnie złapie poważnie. Na szczeście udało się go rozjeździć delikatnie, ale zwolnić musiałem.
Na koniec dodam jeszcze tyle, że sprawa jest moim zdaniem również ciekawa z sprzętowego punktu widzenia. Moim zdaniem startowanie w tego typu wyścigu na rowerze do 2000zł to duże ryzyko. Chyba że naprawdę zwalnia się na zjazdach… Na rowerze z supermarketu to samobójstwo. Dwa razy widziałem kolesi, którzy połamali tam koła!!! nie wiem czy szprychy czy obręcze, ale koło okrągłe nie było. No i jeszcze na koniec refleksja na temat hamulców. Mam w sumie zamontowane całkiem dobre hamulce hydrauliczne (prawie takie jak w samochodzie tylko w wersji mini – jest tarcza, klocki, płyn hamulcowy itp.) Ale okazało się, że były dwa zjazdy na których miałem DUŻE problemy z wychamowaniem… Moje heble w przypadku mojej wagi to w zasadzie absolutnym minimum (Formula Oro K18) albo nawet za sałbe na tego typu wyścigi (było sucho, gdyby było mokro – byłyby za słabe na bank). Na standardowych V-break’ach myślę, że miałbym dużo ciekawiej
Trasa na 6 punktów trudności miała 4+. Gdyby padało albo było poprostu mokro to byłaby maskara i 6pkt.
W każdym razie po maratonie pojawił się plan dalszy. Odwiedziłem Maję i Michała w Swieradowie. Kolejne 80km do przejachania (no to już autem
Zjedliśmy, pogadaliśmy, wpadliśmy do pepiczków i o 21.00 ruszyłem w drogę powrotną.
Generalnie Viva La Spontan!!!
Kiedyś (liceum, pierwsze lata studiów) trasa z Saskiej Kępy do Góry Kalwarii na rowerze zabierała cały weekendowy dzień. Wybraliśmy się raz z Dominikiem to jechaliśmy z przystankami koło 5h. Dziś (już prawie 30 wiosen na karku) wybrałem się po pracy w tą samą trasę. 73km. Czas: 2h 31min. Średnia prędkość 29km/h. Rower: MTB na zwykłych górskich semislickach 2.10
Jak widać mając 30 chyba jestem bardziej wysportowany niż za małolata :-]
Komentarz Ojca (WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO z OKAZJI IMIENIN!!!) do poprzedniego postu skłonił mnie to napisania paru słów na temat kolarstwa na naszym kraju.
Wszyscy głoszą upadek polskiego kolaratwa (niestety w przypadku tego zawodowego to w dużej mierze jest to prawda). No właśnie my z Dominikiem trenujemy po to żeby w końcu coś z tym zrobić
A tak na poważnie to czytałem dużo o tym w magazynach rowerowych – jest duży problem. Wiadomo o co chodzi – nie ma kasy… Warto jednak zastanowić się na takim fenomenem: na każdym maratonie (a mówię tylko o serii Mazovii) z tygodnia na tydzień jest coraz więcej ludzi. W Otwocku samych startujących było 1400 zawodników + do tego kibice, rodziny i cała reszta to spokojnie koło 3000 ludzi gromadzi się na amatorskich zawodach!!! Jednego dnia. Co dwa tygodnie! A takich maratonów jest w naszym kraju kilka albo nawet i kilkanaście. Łatwo policzyć ile ludzi jest zaangażowanych w Polsce w rowery w formie amatorskiej, ale jednak mocno sportowej. Patrząc na sprzęty na których ludzie jeżdżą to włos się czasem na głowie jeży. Już kilka razy widziałem rowerki pod 20 – 30 tys. złotych. A takich za 6 – 10tys. jest na maratonach mnóstwo. To oznacza, że ludzie mają dużo pieniędzy na swoją pasję i chętnie je wydają. Do tego jest ich naprawdę dużo. Jeżdżąc po ściezkach rowerowych mijam średnio 2 – 3 ludzi z maratonów (wnioskuję po koszulkach, chipach itp) a rowerzystów zwykłych kilkadziesiąt. Nie będe dodawał, że jest jeszcze Maja Włoszczowska (srebro z Pekinu w MTB). Porównajmy to z rzeszą koszykarzy (taaa wybrałem się na boisko Prusa w poniedziałek o 17.30 – piękna pogoda, ale byłem sam !!!. Na piłce nożej się nie znam, ale jakoś wielu piłkarzy też tam nie było.). W lidze UNBA co weekend jest rozgrywanych koło 20 meczy w każdej drużynie jest koło 7 osób czyli 140 osób co weekend. W wwa są dwie ligi czyli można założyć, że w kosza gra koło 300 osób (ligowo) w weekend. W porównaniu do MTB to jest nadal bardzo mało… Innych tego typu przykładów można szukać i pewnie okazałoby się, że trudno znaleźć bardziej popularny sport uprawiany w PL niż właśnie rower…